Wielkie oszustwo

"Wielkie oszustwo" Ben MacintyreWojna to sztuka wprowadzania w błąd.

Sun Zi, „Sztuka wojenna”

Gdy nad ranem we wtorek 6 czerwca 1944 roku (D-Day) pierwsze barki desantowe znalazły się na wodach kanału La Manche i obrały kurs na majaczące w oddali plaże Normandii, żaden z żołnierzy znajdujących się na ich pokładach nie wiedział, że bierze udział w przedsięwzięciu mającym zapoczątkować kres III Rzeszy, w wydarzeniu, które przeszło do historii jako „operacja Overlord”. Była to operacja powietrznodesantowa nie mająca precedensu w dziejach świata pod względem zaangażowanych sił i środków.

Oceniana jest dziś przez historyków jednoznacznie jako wydarzenie przełomowe, albowiem wiązało się ono z otwarciem drugiego frontu w europejskim teatrze działań wojennych podczas II wojny światowej. Choć z perspektywy czasu Operacja Overlord jawi jako niewątpliwy sukces, to z perspektywy alianckich dowódców mogła być równie dobrze największą w historii katastrofą. Gdy jednak pierwszy rzut amerykańskich i brytyjskich żołnierzy znalazł się na lądzie, do generała Dwighta Eisenhowera zaczęły docierać informacje o stratach dużo mniejszych niż spodziewane. Odebrano także informację o obwieszczeniach sił nieprzyjaciela o inwazji. Wyzierał z nich obraz zupełnej dezorientacji i zaskoczenia, o czym miał świadczyć choćby fakt, że wskazywano w ich treści Cieśninę Kaletańską jako miejsce przez które miała odbywać się inwazja. W SHAEF (Supreme Headquarters Allied Expeditionary Force) zdawano sobie sprawę, że owo zaskoczenie jest czynnikiem niezwykle trudnym do skalkulowania podczas wojny i jego utrata możne skutkować fiaskiem całego przedsięwzięcia. Tymczasem Niemcy swoje główne siły skoncentrowali w rejonie Pas de Calais oczekując na atak 1. Grupy Armii (First US Army Group, FUSAG) dowodzonej przez generała George’a Pattona. Ten związek taktyczny był formacją o tyleż słynną i budzącą obawy niemieckiego Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych co nietypową, bo… nieistniejącą. Niemieckie dowództwo wkrótce musiało przyznać samo przed sobą, że padło ofiarą wielkiego oszustwa. Jak do tego doszło?

Ważne jest wykrywanie, kogo wróg do nas przysłał jako szpiegów. Trzeba ich przekupić, aby przeszli na naszą służbę. Należy dać im odpowiednie polecenia i odesłać. Tak pozyskuje się i używa podwójnych szpiegów. Dlatego tylko światły władca i wybitny dowódca, umiejący dobierać sobie szpiegów spośród ludzi najrozumniejszych, mogą dzięki temu dokonać rzeczy wielkich.

Sun Zi, „Sztuka wojenna”

W tym samym czasie, gdy wojska alianckie zajmowały pierwsze przyczółki, w zadymionym pokoju przy Saint James’s 58 Street w Londynie młody oficer brytyjskiego kontrwywiadu, o manierach angielskiego lorda i takoż się noszący, spoglądał w okno obserwując wschód słońca i uśmiechał się pod nosem. Był jednym z tych, którzy znali odpowiedź na to pytanie.

Ben Macintyre (autor m.in. Agent Zigzag: prawdziwa opowieść wojenna o Ediem Chapmanie – kochanku, zdrajcy, bohaterze, szpiegu i Oszukać Hitlera. Największy podstęp w dziejach wywiadu) w swojej książce Wielkie oszustwo, chcąc by i czytelnik poznał na nie odpowiedź, cofa go w czasie do listopada 1943 roku, kiedy to podczas pierwszej konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie Winston Churchill, kreśląc przed jej jej uczestnikami plan utworzenia drugiego frontu we Francji, miał powiedzieć: „Podczas wojny prawda jest tak cenna, że zawsze powinna jej towarzyszyć eskorta kłamstw”. Stwierdzenie to legło u fundamentu operacji Fortitude (będącej częścią operacji Bodyguard), największej w historii II wojny światowej kontrwywiadowczej kampanii dezinformacyjnej mającej odwrócić uwagę Abwehry i niemieckiego sztabu od rzeczywistych planów Aliantów dotyczących lądowania w Normandii.

Owym oficerem kontrwywiadu był Thomas Argyll Robertson, człowiek nadzorujący codzienne prowadzenie podwójnych agentów w ramach systemu Double Cross kierowanego przez utworzony w styczniu 1941 roku Komitet XX (Komitet Dwudziestu). Dużo wcześniej Tar Robertson uzmysłowił sobie, że kieruje poczynaniami wszystkich niemieckich szpiegów znajdujących się na terenie Wielkiej Brytanii, wcześniej wykrytych, złapanych i „odwróconych” przez brytyjskie służby kontrwywiadowcze. Dzięki temu można było podsuwać wywiadowi i dowództwu wojskowemu III Rzeszy nieprawdziwe informacje na tematy ich interesujące, choćby na temat przygotowania ewentualnej inwazji. Takiemu zamierzeniu sprzyjała dodatkowo postawa wielu oficerów Abwehry, którzy niejednokrotnie jawnie pogardzali ideami nazistów, z admirałem Canarisem na czele, i postanawiali przeczekać wojnę układając sobie możliwie najwygodniej życie z dala od linii frontu.

Ta konstatacja pozwoliła Robertsonowi i jego zespołowi stworzyć potężną broń, która nie opierała się na technice i nauce, nie raniła i nie zadawała ran, nie czyniła spustoszenia. Była to broń, której istota opierała się na przenikaniu do umysłu wroga, a więc była to broń wyjątkowo subtelna, bo opierająca się na rozumie i sprawianiu, że myślał on tak, jak chciano by myślał, a przez to była to broń wyjątkowo niebezpieczna.

Zespół Tara Robertsona nie był typową jednostką wojskową. Jego członkowie nie nosili mundurów (kilku z nich miało ambicję uchodzić za wyjątkowych elegantów), nie nosili broni, w większości nie mieli nadanych stopni wojskowych. Stanowili grupę indywidualistów, którzy w dziejowej zawierusze postanowili stać się częścią czegoś większego niż oni sami byli. Byli to: peruwiańska biseksualistka, polski pilot, przedsiębiorcza Francuzka, serbski bon vivant i hiszpański dyplomowany hodowca drobiu. Podjęli oni ryzykowną grę, w której stawką było ich życie, a czasem życie najbliższych. Zasługiwali na podziw, bo bez wątpienia wielu żołnierzy lądujących na normandzkich plażach zawdzięczało im życie. Ale byli też ludźmi, którzy wymykają się nawet dziś jednoznacznym ocenom: kierowali się na przemian szlachetnymi pobudkami i materialnymi korzyściami, byli próżni i kapryśni, odważni i natchnieni, a jednocześnie małostkowi i egocentryczni. Zdradzali i sami byli zdradzani. Wszyscy bez wyjątku byli ludźmi o niebywałej wyobraźni odznaczającymi się biegłością w sztuce improwizacji, na tym bowiem zasadza się istota szpiegostwa.

O militarnej stronie operacji Overlord napisano już niezliczone tomy poddające ją wszechstronnej analizie. Książka Bena Macintyre’a odkrywa mniej znaną kartę historii opisującą operację Fortitude poprzedzającą inwazję w Normandii. Napisanie jej stało się możliwe dzięki udostępnieniu archiwów przez Security Service (instytucji znanej lepiej jako MI5). Jest to opowieść o wojnie, lecz toczonej bez wystrzału, za pomocą słów, pozorów i miraży. Jest to również opowieść o półprawdach, kłamstewkach i kłamstwach, z których utkano sieć wielkiej iluzji tak gęstą, że mogła opleść umysły niemieckich dowódców i przesądzić o sukcesie Aliantów. Jest to także opowieść o cienkiej granicy pomiędzy lojalnością a zdradą. W końcu, jest to też opowieść o bohaterach. Oto ich historia.

Ben Macintyre, Wielkie oszustwo: prawdziwa opowieść o brytyjskich szpiegach, którzy wygrali wojnę,  przeł. Maciej Antosiewicz, Świat Książki, Warszawa 2014.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: