Marek Krajewski „MOCK. Ludzkie zoo” – niepublikowany fragment!

„MOCK. Ludzkie zoo” – niepublikowany fragment!

Za dwa tygodnie, 23 sierpnia, ukaże się najnowsza powieść pod tytułem „Mock. Ludzkie zoo” Marka Krajewskiego, jednego z najbardziej znanych polskich autorów kryminałów. Napisał szesnaście bestsellerowych powieści kryminalnych! Krajewski to filolog klasyczny, laureat prestiżowych nagród literackich i kulturalnych. Miłośnik filozofii stoickiej, który jest pilnym czytelnikiem Marka Aureliusza. W jego najnowszej powieści, w której akcja toczy się w 1914 roku we Wrocławiu, Eberhard Mock stanie przed dramatycznym wyborem: ocalić matkę czy niewinne dziecko. Mock odkryje tajemnice, które skrywają piwnice nieczynnego dworca…

Dzięki uprzejmości autora, Marka Krajewskiego, oraz wydawnictwa Znak, przed Wami niepublikowany fragment powieści.

Przyjemnej lektury!

Wrocławski ogród zoologiczny był już oczywiście nieczynny o tej porze i nie można się było dostać do niego przez główną bramę od Grüneicher Weg [obecnie ul. Wróblewskiego] tuż za mostem Zwierzynieckim. Mock dobijał się tam tak długo, aż w końcu wyszedł strażnik, zasalutował na widok legitymacji i wpuścił policjanta przez podwórko domu mieszkalnego dla pracowników, który był częścią muru otaczającego cały obiekt. Poprowadzony przez tegoż strażnika Mock przeszedł przez całe zoo uśpione i pokryte śniegiem. Po pięciu może minutach dotarł do pięknej willi na obrzeżu, gdzie urzędowali i mieszkali ze swoimi rodzinami dyrektor doktor Friedrich Grabowski oraz jego zastępca, doktor Horst Rühlow. Od tygodnia Grabowski był nieobecny, ponieważ wyjechał był na wyprawę naukową na Nową Gwineę, a jego obowiązki sprawował doktor Rühlow, o czym Mock został poinformowany po drodze przez swojego cicerone nazwiskiem Ruprecht.

Doktor Rühlow był tak bardzo zaskoczony nieoczekiwaną wizytą, że zapomniał o dobrych manierach. Nie poprosił policjanta do gabinetu, lecz przyjął go w hallu domu, dokąd wszedł wprost z kolacji, o czym świadczyły zawiązana pod szyją biała chusta i oddech trącący winem. Poczekał, aż przybysz się napatrzy na zdjęcia i malowidła przedstawiające dzikie zwierzęta oraz na wypchane i spreparowane głowy lwa, tygrysa i bawołu, umocowane na ścianach pomieszczenia. Na dziobatej twarzy Rühlowa, na której szczególną uwagę zwracały nierówno osadzone oczy i szerokie kości policzkowe, pojawił się ironiczny uśmieszek. Mimo tych nieregularności oblicza wicedyrektor sprawiał miłe wrażenie. Jego rzadka, zmierzwiona nieco grzywka nad wysokim czołem rozbawiała zwykle interesantów. Temu, który go odwiedził dzisiaj wieczorną porą, nie było do śmiechu.

– Sprowadza mnie do pana doktora sprawa obyczajowa – zaczął Mock. – Ostatnimi czasy wielką popularność zyskała u naszych mieszkańców rozrywka zwana ludzkim zoo. Ja nie korzystałem z jej uroków, nie wiem zatem dokładnie, czym ona właściwie jest… Może mi pan doktor powiedzieć o niej coś bliższego?

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: