Mikrowyprawy w wielkim mieście

MikrowyprawyKsiążkę Łukasza Długowskiego Mikrowyprawy w wielkim mieście można czytać wszędzie. I o każdej porze roku. I nie jest to absolutnie poradnik, z którym trzeba się zapoznać przed wakacjami czy urlopem. Można, ale nie trzeba.

Mikrowyprawy

Długowski przedstawia w swojej książce koncepcję mikrowypraw, które możemy zrealizować wszędzie. Nie kosztują dużo (często wcale), nie zabierają wiele czasu, wystarczą chęci! Ideą takich niewielkich wypraw Długowski zaraził się od brytyjskiego podróżnika Alastaira Humphreysa, który wymyślił coś, co nazwał „mikroprzygodami”. Są to krótkie i tańsze wycieczki, które można zrealizować w weekend, po pracy, czy w jeden wolny dzień. Wywiad, który przeprowadził Łukasz Długowski z podróżnikiem można przeczytać w „Wysokich Obcasach”.

mikrowyprawy-w-wielkim-miescieKsiążka Łukasza Długowskiego Mikrowyprawy w wielkim mieście jest podzielona na kilka części – jest wprowadzenie, w którym można zapoznać się z samą ideą wypadów i z filozofią takiego stylu podróżowania, jest kilka rozdziałów praktycznych, typowo poradnikowych, np. „Gdzie zorganizować mikrowyprawę?” czy „Mikrosprzęt”, są rozdziały, w których Długowski opisuje swoje mikrowyprawy w pobliżu dużych polskich miast (Kraków, Wrocław, Katowice, Łódź, Poznań, Warszawa, Trójmiasto), są też wywiady (z kognitywistą Maciejem Błaszakiem, z psychologiem Ryszardem Kulikiem).

Przygoda jest obok

Jeśli tak jak ja lubicie czytać książki podróżnicze, czy sięgać do reportaży, pewnie nieraz po głowie kołatała wam myśl, jakby to było wspaniale rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś tam do Azji czy Ameryki Południowej i włóczyć się po tamtejszych wertepach i kosztować życia. No cóż, dużo osób tak ma. Miał też tak Długowski (pisze o tym w swojej książce). Oczywiście są ludzie, którzy robią takie rzeczy, rzucają pracę w korpo, by objechać świat dookoła. Większość jednak z różnych powodów tego nie robi – bo koszty, bo rodzina, bo kredyty, bo brak odwagi etc. I nic w tym złego. Zwłaszcza, że przygód wcale nie trzeba szukać daleko. Są obok, na wyciągnięcie ręki.

Poza pracą, mamy przecież sporo czasu do wykorzystania. Można zrobić mnóstwo rzeczy – pojechać za miasto i spędzić noc w lesie (proszę – kto ostatnio spał w lesie?), zamiast korzystać z komunikacji miejskiej zrobić sobie dłuższy spacer (np. wracając z lotniska), czy wykąpać się w rzece. Ogranicza nas w zasadzie wyobraźnia.

Wyjdź z kolein

To do czego zachęca czytelników swojej książki Długowski to wyjście z kolein. Człowiek wpada w takie koleiny nawet nie zdając sobie sprawy: dom – praca – zakupy – dom. I tak w kółko. Często chodzimy dosłownie tymi samymi drogami, nasz świat zawęża się do niewielkiego wycinka rzeczywistości. Długowski zachęca do zmiany swoich zwyczajów. I wcale nie trzeba wszystkiego rzucać i jechać od razu na samotny wyjazd w Bieszczady. To mogą być drobne rzeczy:

Pójdziesz do pracy inną drogą niż zawsze, nie spędzisz weekendu przed telewizorem, ale poza miastem, odezwiesz się do obcych ludzi, wejdziesz do innego sklepu, pojedziesz innym autobusem. Im częściej będziesz zbaczał z utartych tras, tym więcej przeżyjesz.

Nie ma wymówek – mikrowyprawy proponowane przez autora są tanie, dość krótkie i możliwe do zrealizowania przez każdego (czasem nawet z dziećmi). Trudno podać konkretny przepis, autor pisze: do tej pory najczęściej działały trzy rzeczy: wyjdź poza swoją strefę komfortu, przełam rutynę, zatrzymaj się i przyjrzyj uważnie temu, co dookoła. Przygoda jest tuż za rogiem.

Książka Mikrowyprawy w wielkim mieście jest olbrzymim zbiorem inspiracji. I nie dlatego, że musimy powtórzyć wycieczki autora – możemy to oczywiście zrobić, ale chodzi przede wszystkim o to, żeby zrobić coś innego, nowego, co sprawi nam przyjemność, da nam kontakt z naturą, przełamie rutynę. Nie muszą to być rzeczy wielkie, wręcz przeciwnie. Długowski pokazuje swoje mikrowyprawy – można się nimi inspirować, można podpatrywać, niektóre z chęcią bym sama powtórzyła (np. wypad do Parku Narodowego „Ujście Warty”). Fajnie znaleźć swoją ulubioną aktywność – niewiele w tej książce znajdziecie historii o wypadach rowerowych, ale co stoi na przeszkodzie żeby wyciągnąć swój rower i gdzieś pojechać?

Podsumowując – cieszę się, że przeczytałam książkę Długowskiego – to inspirująca, pełna energii bomba pomysłów. Teraz zupełnie inaczej będę patrzeć na okoliczny las czy rzekę. No i z pewnością przetestuję noc w plenerze.

Łukasz Długowski, Mikrowyprawy w wielkim mieście, Muza SA, Warszawa 2016.

* Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza SA. Dziękuję!


Obecnie najtaniej e-booka można kupić w Virtualo – za 16,80 zł, a wersję papierową książki – na stronie wydawcy, w księgarni Muzy – za 22,68 zł.

 

Komentarze (3)

  1. Dzięki za recenzję. Idea mikrowypraw jest mi szczególnie bliska, chętnie poczytam o niej więcej.

    • No ja tę książkę szybko „łyknęłam”, ale można sobie ją dawkować :-)
      Napisana prosto, lekko i bez zadęcia. W moim odczuciu ile osób, tyle możliwości zrealizowania mikrowypraw. Warto zajrzeć!

  2. Muszę przyznać, że idea mikrowypraw też jest mi od dawna bliska, chociaż oczywiście nie znałem tego pojęcia i nie mogłem go znać, ponieważ to neologizm wprowadzony przez autora. Mogę nawet powiedzieć, że mam spore doświadczenie w krótkich podróżach ad hoc (zwłaszcza rowerowych, kolejowych i kolejowo-rowerowych) – i prawie żadnego w dalekich wyjazdach (na które zawsze brakowało mi albo odwagi, albo czasu, albo chęci, a najczęśćiej wszystkich tych czynników razem). Dlatego z ciekawością sięgnąłem po książkę Łukasza Długowskiego i… ani się nie zachwyciłem, ani nie rozczarowałem, ale muszę przyznać, że książka uświadomiła mi jeden błąd w podejściu do życia, który nieustannie popełniam, a więc bilans jest jak najbardziej na plus.

    Tak, tej książki nie odebrałem jako poradnika, ale raczej jako pamiętnik z niedalekich podróży i wykładnię filozofii podróżniczej (i życiowej!) autora, który chce przekonać do zejścia z codziennych szlaków i zobaczenie miejsc w pobliżu, na które do tej pory nie zwracało się uwagi. Mnie nie przekonał, bo… takie podejście miałem zawsze. Z pracy idę codziennie trochę inną drogą (w znaczeniu, żeby nie powtarzała się dzień po dniu), żeby zobaczyć, co się zmienia w okolicy; kiedy wracam pociągiem z wizyty w innym mieście i mam wystarczająco dużo czasu, nieraz wybieram połączenie okrężne z przesiadką, żeby zobaczyć nowe miejsca, a kiedy okresowo mieszkałem w innych miastach (Toruń, Bydgoszcz, Warszawa) lub choćby przebywałem w nich tylko przez kilka tygodni (Poznań, Kraków), na początku objeżdżałem linie komunikacji miejskiej, a potem zwiedzałem wszystko, co się da, pieszo i na rowerze kawałek po kawałku. Wręcz nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy nie interesują się otoczeniem miejsca swojego zamieszkania czy pobytu.

    Ogólnie zauważyłem w książce trzy rodzaje mikrowypraw, z których dwa praktykuję od dawna, a jednej nie mam w planach. Te dwie pierwsze to 1) zwykłe atrakcje turystyczne, chociaż z kategorii mniej znanych (jak kopalnia Guido – swoją drogą muszę się tam kiedyś wybrać, podobnie jak do znacznie bliżej położonej, a mało znanej w Polsce kopalni soli w Kłodawie, gdzie zjeżdża się na dół o wiele głębiej niż w Wieliczce, ale niestety nie ma tam możliwości zwiedzania w weekendy) oraz 2) modyfikacje wypraw znanymi szlakami turystycznymi (nietypowa pora dnia, „nieturystyczna” pora roku, dłuższe zatrzymanie lub zwrócenie uwagi na elementy zwykle pomijane). Natomiast trzeci rodzaj przygód pasowałby raczej do programu Jackass i moim zdaniem warto trzymać się od nich z daleka. To sytuacje, kiedy autor na przykład pokaleczył się, idąc boso po dnie nieznanej rzeki albo przez kilka godzin brodził w wodzie, dostając drgawek z zimna. Jak powiadają Amerykanie – safety first!

    A ten błąd myślenia, który sobie uświadomiłem? To, że traktuję czas wolny jako zadanie – oczekuję od siebie, że muszę się wtedy czegoś nauczyć, czegoś dowiedzieć, coś zobaczyć. Że muszę przeznaczyć go na coś, co powinno być użyteczne. Autor zachęcił do rozluźnienia rygoru wewnętrznego w wolnym czasie i właśnie to najbardziej zapadło mi w pamięć. Zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać. Chciałbym tak umieć (i nie mieć potem poczucia winy), chociaż to nie jest łatwe… To ogromna sztuka – umieć poluzować swoje wymagania wewnętrzne w sposób kontrolowany na określony czas, a potem potrafić do nich powrócić.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: