Metro 2033

metro 2033

Świat po wojnie nuklearnej w większości powieści wygląda tak samo. Zniszczenie, pustka, brak życia (czy raczej brak życia jakie znaliśmy). Podobnie jest u Glukhovsky’ego – roztacza on wizję zniszczonego świata, w którym nie można funkcjonować tak jak dawniej.

Przetrwanie zapewniło (i w dalszym ciągu zapewnia) metro. Pomysł w zasadzie banalny. Skoro świat został zniszczony, spalony, skażony – gdzie można się udać by przeżyć kolejny dzień? Pod ziemię. Do metra. A gdzie jak gdzie – w moskiewskim metrze można przetrwać.

[Dygresja – moskiewski system metra to prawie 314 km długości i 12 linii ze 188 stacjami. Jest gdzie umieścić akcję powieści, prawda? Cóż, o postapokaliptycznej Warszawie można by było co najwyżej sklecić jakąś lichą nowelkę…]

Metrze 2033 słyszałam już przeróżne opinie – że to kultowa powieść, genialne dzieło rosyjskiego pisarza, że szmira jakich mało, nudy i flaki z olejem, lub że to nic szczególnego. Zdania są podzielone.

Mnie natomiast książka przypadła do gustu. Świat Metra mnie wciągnął. Tak bardzo, że na moim czytniku czekają kolejne książki, których akcja rozgrywa się w Uniwersum Metra – Metro 2034 Glukhovsky’ego oraz Do światła W mrok Andrieja Diakowa.

Historia jest w zasadzie banalna. Głównym bohaterem jest Artem, który ma do wykonania pewną misję. Przechodząc ze stacji do stacji spotyka kolejnych ludzi, mierzy się z przeciwnościami losu, staje do walki z postapokaliptycznymi stworami. Nic nowego, prawda? Ot, przygodówka w świecie przyszłości.

Artemowi udaje się umknąć przed śmiercią – a może przecież zginać rozszarpany przez dzikie zmutowane szczury, może zwyczajnie zagubić się w którymś tunelu – po prostu wejść i już nigdy z niego nie wyjść, może też zostać zastrzelony – a to przez nadgorliwych strażników, którzy pilnują poszczególnych stacji, a to przez mieszkańców Czwartej Rzeszy.

Dzieje się w książce sporo, bo i Glukhovsky próbuje nakreślić świat po katastrofie. W zasadzie niewiele się on różni od tego świata przed. Jest z pewnością mniejszy, w miniaturze, ale żyjącymi w metrze ludźmi rządzą te same namiętności, kierują nimi te same uczucia i emocje, uznanie zyskują ruchy ideologiczne czy rozmaite sekty, które były popularne w świecie przed katastrofą.

Książka jest długa. Dla mnie to akurat nie jest wadą (wręcz przeciwnie). Powieść mi się nie dłużyła, nie nużyła mnie, mogłam wejść w klimat mrocznych i cuchnących tuneli, w których czai się nieznane. W mojej ocenie – 7/10. Zobaczymy jak będzie z kolejnymi powieściami z cyklu.

Dmitry Glukhovsky, Metro 2033, tłum. Paweł Podmiotko, Insignis, Warszawa 2010.

Komentarze (2)

  1. No cóż, uważam że Metro 2033 jest świetną książką. Dlatego tak jak i Ty postanowiłem przeczytać inne książki z tego uniwersum. Niestety na Metrze 34 trochę się zawiodłem, poprzedniczka wysoko ustawiła poprzeczkę. Natomiast w przypadku Do światła, niestety nie dotrwałem do końca. Jakaś taka słaba od początku mi się wydawała.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: