Kiedy wojna się skończyła

1945-okladkaPo książkę 1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej sięgnęłam z zaciekawieniem. Nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać, nie czytałam recenzji i opinii. Wiedziałam tylko, że Grzebałkowska pisze świetnie (czytałam biografię Beksińscy. Portret podwójny). I tym razem się nie zawiodłam.

Autorka bardzo dobrze poradziła sobie z olbrzymim, wymagającym tematem. Zapomnianym. Łatwiej pisze się o wojnie, powstaniu, walkach. Powrót do normalności wydaje się zaś mało ciekawym tematem. W przekonaniu wielu – wojna się skończyła, zaczęło się zwyczajne, normalne życie. Nic bardziej mylnego. Grzebałkowska w doskonały sposób to pokazuje, przedstawiając czytelnikowi wybrane historie różnych osób, z różnych części kraju. Sama zresztą mówi: Mnie wielka historia nudzi. Interesuje mnie historia mniejsza, ta ludzka, która mówi, w czym prałaś sobie rzeczy i jak cerowałaś pończochy w roku 1945, i czy cudownie jest iść na szaber. Mam naturę podglądacza. (wywiad w Dwutygodniku).

Wydawałoby się, że rok 1945 jest rokiem szczęśliwym. W końcu wojna się skończyła. W kilkunastu reportażach Grzebałkowska przedstawia nam ten czas – patrząc na niego z różnych perspektyw: opisuje losy uciekinierów z Prus Wschodnich, czy historie pierwszych osadników na Ziemiach Odzyskanych, pisze o odbudowie miast i o szabrowaniu. To nie są radosne historie. Szczęścia jest tam bardzo mało.

Ogłoszenia drobne

Każdy reportaż poprzedzają wybrane z danego miesiąca ogłoszenia drobne z prasy. Poruszające, czasem zabawne, dotyczą przyziemnych, zwykłych spraw, ale też tych najważniejszych. Przez cały w zasadzie rok w gazetach można znaleźć ogłoszenia zrozpaczonych matek, które oddadzą swoje dzieci, noworodki w dobre ręce. Możemy się tylko domyślać jaka nędza i tragedia popychała te kobiety do takich decyzji. Pojawiają się ogłoszenia zachęcające do pracy przy odbudowie miast, a także dotyczące ekshumacji i chowania zwłok powstańców.

W związku ze wzmożoną akcją wywożenia gruzu, władze sanitarne przystąpiły do ekshumowania zwłok pogrzebanych w okresie powstania na chodnikach i zieleńcach. Ekshumacji pojedynczych podejmuje się Zakład Oczyszczania Miasta, licząc za wykopanie zwłok i odwiezienie na cmentarz 800 zł.

„Życie Warszawy”, 16.06.1945

czy

Oddam noworodka chłopca w dobre ręce za swoje. Kraków, Bosacka 7.

„Dziennik Polski”, Kraków, 21.10.1945

Ogłoszenia pojawiają się chronologicznie, ułożone miesiącami. Wprowadzają w klimat roku 1945, pokazują jak wyglądało codzienne życie, jakimi problemami borykali się mieszkańcy. Ludzie szukali się przez ogłoszenia, dawali znać, że żyją, ale i nie tracili nadziei, na odnalezienie bliskich.

Takie czasy, że każdy musi sobie sam radzić

Bardzo duże wrażenie zrobił na mnie reportaż opowiadający o rodzinie Wernera Henseleita, która uciekała przez zamarznięty Zalew Wiślany. Przez Zalew uciekało wtedy 450 tys. ludzi. Wielu zginęło – zamarzając, wpadając wozami w dziury po pociskach. Na przejściu przez Zalew się nie skończyło – Werner został parobkiem w polskim gospodarstwie, w którym był strasznie traktowany – nie karmiony, bity, poniżany. Warto poznać jego dramatyczne losy.

Zapamiętałam też reportaż o żydowskim domu dziecka w Otwocku. Zofia Nałkowska zanotowała w swoim dzienniku wrażenia z wizyty:

W pierwszej chwili, gdy tam weszłam między dzieci, myślałam, że to pomyłka – wszystkie o wyglądzie aryjskim, prawie nie ma oczów czarnych i kędzierzawych włosów. Cóż to znaczy? No właśnie, dlatego w ogóle są! Dlatego ocalały z obozów, z nor, piwnic i ruin, gdzie się ukrywały. Oto szczególna selekcja.

Znajdujących się tam dzieci bał się Julian Tuwim. Podczas odwiedzin przemykał chyłkiem, nie patrząc w ich stronę. Powrót do normalności nie był łatwy. Wszystkiego trzeba było uczyć się na nowo, odnaleźć się w świecie, który wciąż nie był przychylny Żydom.

Żydowskie dzieci denerwują katechetkę, bo znają odpowiedź na każde jej pytanie. I lepiej się modlą. Jeszcze niedawno „Ojcze nasz” bywało ich przepustką do życia.

W moją pamięć zapadł reportaż, który opowiada historię kobiety, która przeżyła katastrofę „Wilhelma Gustloffa” i do której po latach zgłasza się zaginiony wówczas syn. Z katastrofy „Wilhelma Gustloffa” ocalało około 1200 pasażerów – nie wiadomo ilu zginęło. Szacuje się, że na statku znajdowało się między 6,6 a 9,6 tysięcy osób (dla porównania – na „Titanicu” zginęły 1523 osoby).

Jest też wątek kutnowski – w reportażu o osadnikach pojawia się fragment o pierwszym sołtysie Będlina, Stanisławie Bani:

Z bronią nie rozstawał się nigdy. I czekał na Polaków, którzy mieli wkrótce przyjechać. Zjawili się na początku lipca 1945 roku. „Szesnaście rodzin – sama prawie biedota. Byli i tacy, co mieli w »centrali« jedną morgę lub mniej ziemi, mieszkali po 6 i 8 ludzi w jednej izbie, w której zamiast podłogi było klepisko z gliny (przybyli z powiatu Kutno)”.

Szczęście w 1945 roku miał ten, kto przeżył tamten rok

Siłą książki 1945. Wojna i pokój Grzebałkowskiej jest brak historii przed duże H. Opowieści przedstawione w książce skupiają się na losach pojedynczych, zwykłych ludzi. Grzebałkowska pokazuje jak wyglądało ich życie zaraz po wojnie – jak jechali kilka tygodni na Ziemie Odzyskane by tam się osiedlić, jak traktowano Niemców i Ślązaków, jak okrzyk „Polacy idą” budził trwogę wśród mieszkańców wiosek na wschodzie Polski, jak rozkwitało życie w zrujnowanej stolicy. Ta książka nie ocenia losów opisanych ludzi, nie kwalifikuje w żaden sposób ich decyzji. Czy w ogóle taka ocena jest możliwa? Czy jesteśmy w stanie zrozumieć tych ludzi i ten czas? Z pewnością dzięki książce Magdaleny Grzebałkowskiej możemy zbliżyć się do tamtego okresu i atmosfery.

1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej trafiła na moją listę 10 najlepszych książek na wakacje.

Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój, Agora, Warszawa 2015.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: