Gra w kości

Gra w kości Cherezińska okładkaTętent koni, trzask łamanych gałęzi, świst wypuszczanych strzał. Drużyna Bolesława wyprawia się na polowanie. Energia rozsadza wojów, w oczach widać dzikie błyski szału. Książę nie daje za wygraną, to prawdziwy dowódca, jedzie na czele, celuje do wypatrzonej zwierzyny. Przenosząc się kilkaset kilometrów na zachód, trafiamy na cesarski dwór, gdzie otoczony wybitnymi umysłami epoki Otto pogrąża się w modlitwie i ekstazie, w których znajduje ukojenie i ucieczkę od współczesnego świata.

Te dwa różne światy z powodzeniem opisuje Elżbieta Cherezińska w swojej książce Gra w kości. Wybiera fascynujący, pobudzający wyobraźnię czas – rok 1000, millennium ze słynnym zjazdem gnieźnieńskim. Prawdę mówiąc, akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni pięciu lat, obejmując okres od 997 do 1001 roku. Początkiem zdarzeń jest misja i śmierć Wojciecha oraz wykupienie przez Bolesława jego ciała. No ale cóż… tyle, jak i całą resztę, znamy z lekcji historii. Nie miejsce teraz na przypominanie faktów. Nie o to wszak chodzi by zderzać kilka zapamiętanych ze szkoły dat z prawie 400. stronicową powieścią. Zwłaszcza, że do warstwy historycznej naprawdę nie można mieć żadnych zarzutów. Warto wspomnieć, że autorka pisała swoją książkę pod opieką profesora archeologii, Przemysława Urbańczyka, którego książka Trudne początki Polski była poniekąd inspiracją i pomocą dla niej. W „Posłowiu” odnotowuje on swoją rolę; pisze: „Nie chciałem znać szczegółów zaplanowanej fabuły ani intrygi (…) Chłonąłem kolejne „odcinki”, pilnując, aby rzeczywistość powieściowa zawarła maksimum zgodności z wiedzą historyczno-archeologiczną; aby znane postaci, zdarzenia, daty, miejsca i imiona były „prawdziwe”; aby wymyślone postaci, zdarzenia i imiona były prawdopodobne.”

Cherezińska wykorzystała przy pisaniu powieści źródła z epoki, dość wspomnieć o sięgnięciu do Antyfonarza Kwedlinburskiego, czy wykorzystaniu w dialogach fragmentów z kronik Thietmara lub Galla. Tę dbałość o szczegóły, czy to w opisie postaci, ich strojów, zwyczajów lub nawet schematu liturgii, widać w całej powieści. Podobnie jest z językiem, w który często autorka wplatała oryginalne cytaty (także po łacinie – przydaje się słowniczek na końcu książki). Zresztą sama pisarka podkreśla: „Szukam, ciągle szukam języka, którym piszę o historii. Sposobów na uniknięcie monumentu, zejście z koturnu. Wciągnięcie Czytelnika w akcję, która dzieje się w jakimś dla niego zupełnie obcym czasie. Wszystko po to, by ożywić, odczarować historię. Zafascynować nią Czytelników, sprawić, iż zaczną traktować dawnych bohaterów, jak żywych ludzi”. Z pewnością się to pisarce udaje.
Sprawnie przeprowadza bowiem czytelnika przez meandry historycznych zdarzeń, doskonale czując się na słowiańskiej ziemi, cesarskim czy papieskim dworze. Fabuła, z początku tocząc się dość wolno, z każdą przewróconą stronicą, nabiera rozpędu. Sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, układając się w większą, sensowną całość. Nieistotne na pozór zdarzenia nabierają znaczenia w większym kontekście. Widzimy intrygi i knowania, manipulacje na papieskim dworze, średniowieczne okrucieństwo.

Temu wszystkiemu towarzyszy świetna szata ikonograficzna – powieść wzbogacają dwie mapy: jedna ukazująca księstwo Bolesława Chrobrego, druga – cesarstwo Ottona III. Do tego dochodzą przekroje średniowiecznych budynków: grodu gnieźnieńskiego i tamtejszej rotundy, poznańskiej katedry i palatium z Ostrowa Lednickiego. A także, wspominany już wcześniej słownik z łacińskimi wyrażeniami oraz drzewa genealogiczne głównych bohaterów. To dodatkowe atuty tego wydawnictwa.

Choć trzeba przyznać, że i bez nich powieść świetnie się broni. To doskonała lektura, nie tylko na jesienne wieczory. Z przyjemnością można zanurzyć się i rozsmakować w tej pięknie i starannie napisanej powieści.*

Elżbieta Cherezińska, Gra w kości, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.

* pierwotnie recenzja została opublikowana w czasopiśmie „Latarnia Morska”.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: